Trzy albo wewnętrzne dziecko

wewnętrzne dziecko nowy wpis

Kiedy miałem sześć lat, zapytałem moją matkę: „Mamuś, czy Japończycy podglądają nas przez kamery zamontowane w naszych obrazach?”. Odpowiedziała: „Tak”. Musiałem wtedy skupić się na perwersyjnym zadowoleniu z samego faktu, że ktoś chce obserwować pospolitość, bo nie wymyśliłem Big Brothera. Zamiast tego godzinami łaziłem po domu jak modelka na wybiegu. Na drugi dzień przypadło zakończenie zerówki. Gotowałem się z niecierpliwości, aby ostrzec koleżanki i kolegów przed śledzącymi każdy nasz ruch Azjatami. W szatni, zmieniając buty na bamboszki, spojrzałem na matkę. Pomyślałem: „A jeśli mnie okłamuje?”. Mogła chcieć zaniżać moje ambicje, wtedy jeszcze nie otrząsnęła się z zawodu, który jej sprawiłem rok wcześniej.

Nie lubię dzieci. Ja z dzieciństwa jestem dla siebie skutecznym odstraszaczem. Gdy więc ktoś ze znajomych zbacza w rejony zapłodnienia, ciąży, porodu i dalszego horroru, zaczynam nerwowo pocierać dłonią o dłoń. Na przykład ostatnio moja przyjaciółka wprosiła się z chińczykiem na wynos, niby z obiecanymi korepetycjami używania pałeczek, a w rzeczywistości na żale. Zwierzyła się, że wybuliła cztery stówy za badania hormonalne, których wynik był korzystny. Korzystny, a okres nie wrócił. Stres zżerał ją od środka, bo nie wiedziała, kto miałby zapłacić za poród. Jednak w ciąży też nie była. Po tym incydencie pozostała jej jedynie pewność, że chce zajść, aby mieć to już za sobą. Powiedziała: „Młodsza nie będę, a okolice trzydziestki są najlepsze”. Po długich przemyśleniach postanowiła zamienić freelance na etat, a ten na macierzyńskie. Zapytała, co myślę. Odparłem: „Czy ty nie masz innych przyjaciół, że przyszłaś z tym do mnie?”.

Dzieci płaczą na mój widok, jakbym był obwieszony krzyżami i zamiast perfum z drogerii nosił na sobie wodę święconą, a je wszystkie na świat wydała Rosemary.

Dzieci to też często stracony potencjał. Na zakończeniu zerówki postanowiłem nikogo nie informować o sprawie z kamerami. Jednak następnego dnia, wściekły na targające mną wątpliwości, wykorzystując sytuację, że starzy byli w robocie, pościągałem ze ścian obrazy i wyniosłem je za dom, gdzie po kryjomu, na pustakach, sporadycznie prowadziłem lumpeks „Pod krokodylem”. Czekałem na klientów, doczekałem się lania.

Powiedziałem mojej psychoterapeutce, że mogłem wykorzystać tę okazję, by stać się kimś na kształt polskiego Doogiego Howsera. A tak to na całe życie zostałem randomem ludzkim, u którego ambition nazywają się garnki. Moja psychoterapeutka kazała mi skupić się na tym, dlaczego teraz wyciągam to wspomnienie i zastanowić się, czy może próbuję przed samym sobą ukryć potrzebę posiadania potomka? Odpowiedziałem: „Nie chcę brzmieć, jakbyśmy z moim partnerem nie chcieli mieć dzieci, ale nie chcemy. Jednak na przekór polityce kraju, w którym przyszło nam żyć, czasami myślę, że je mamy. I to jest, proszę pani, dramat. Bo chciałbym instagramowo doszczęśliwioną rodzinę z przynajmniej 15K obserwujących, a mogę co najwyżej liczyć na wiekuisty mem z disaster girl”. Na to moja psychoterapeutka zachęciła, abym poszukał wewnętrznego dziecka. Ryzyko jest zbyt wielkie.

Rok wcześniej, nim nakryłem Japończyków majstrujących przy naszych landszaftach i martwych naturach, na dzień przed weselem mojej siostry, postanowiłem, że zostanę mężczyzną. Namówiłem do tego trochę starszego kuzyna, który miał mnie pilnować w czasie, gdy dorośli sami dopilnowywali czego tam trzeba było dopilnować. A my wkroczyliśmy do kurnika. Czy nie tego się od nas oczekuje? Abyśmy postawili na swoim, my, młodzi, biali heterycy? Na bank tak wtedy nie myślałem, ale teraz, kiedy przypominam sobie ojca i szwagra z napiętymi mięśniami – jakby występowali w „Olimpiadzie” Leni Riefenstahl – sprawnie odrąbujących ptasie łby, odnajduję pewną metaforę. W kurniku, prócz kur, akurat hodowano młode białe kaczki, więc braliśmy po jednej i zanosiliśmy do pieńka straceń. Głowa blisko. I ciach! Dla moich pięcioletnich rączek toporek bywał za ciężki, dlatego czasami mój kuzyn musiał biedaczkę dobijać. Zabite kaczki wieszaliśmy na sznurkach na pranie. Do wyschnięcia. Matka, lejąc mnie później pasem, syczała przez łzy, że ją zawiodłem. A przez lata, za każdym razem, gdy w telewizji leciał „Omen”, patrzyła na mnie ze strachem.

Zadowolony, że nigdy nie powiedziałem mojej psychoterapeutce o powściąganiu chęci rozwiązania moich problemów przez masowe morderstwa, będąc pewnym znalezienia przez nią teraz analogii, wykrzywiłem twarz w grymasie „A nie mówiłem?”. Na koniec wizyty, pewnie z uporczywej chęci znalezienia pozytywu, psychoterapeutka zapytała mnie o największe dziecinne marzenie. Powiedziałem, że odkąd pamiętam, pragnąłem, by zaadoptowała mnie rodzina z „Bill Cosby Show”.

wewnętrzne dziecko nowy tekst

Za każdym razem, kiedy wracam z terapii, włącza mi się gastrofaza, jakby moja psychoterapeutka specjalizowała się w spotkaniach opartych o podejście poznawczo-behawioralne dzieci kwiatów. Zaglądam do lodówki, początkowo niepozornie, jak niegdyś w dzieciństwie, żeby tylko popatrzeć, ale zaraz wyjmuję dobra z Biedry. Wtedy, gotowy na zajście w ciążę spożywczą, myślę o Grubym Ksawerym. Wreszcie przegryzam jedynie seler z hummusem, bo mimo że nie wymyśliłem Big Brothera, to może chociaż na prostych nogach uda mi się kiedyś dotknąć tych cholernych stóp.