Siedem albo jak stałem się moim ojcem

jak stałem się moim ojcem nowa historia

Za każdym razem, gdy przyjadę do domu rodzinnego, słyszę, że wyglądam jak mój ojciec. Mam podobne uszy, takie same oczy, podobnie intonuję i się poruszam. Bullshit! Matka patrzy na mnie ze wzruszeniem, zachowując się, jakby jej mąż dawno już nie żył, a przecież siedzi przy stole i rozwiązuje krzyżówkę. Ojciec tylko psioczy, że przez kapitalizm, ejdżyzm wprost z Hollywoodu rozplenił się w jego własnym gnieździe.

Jednak ostatnio zorientowałem się, że z wiekiem coś zaczyna być na rzeczy – spacerując, garbię się, ręce splatam z tyłu tak, że nadgarstek lewej zamykam w prawej dłoni. Zadzieram głowę i patrzę po koronach drzew. Identycznie jak stary, który przemierzając przydomowy ogród, zawsze przypominał mi starogreckiego filozofa, jakiegoś Januszagorasa szukającego swych uczniów i dumającego nad kondycją świata. Poza tym mam nadzieję, że różni nas wszystko. W idealnym świecie sławetna scena „I am your father” mogłaby być o nas (tylko wolałbym być tym złym).

Na początku gimnazjum rozwiodłem się z Justynką, z którą ślub wziąłem w drugiej klasie szkoły podstawowej. Już wtedy od dawna ze sobą nie chodziliśmy, teraz prawnie rozstaliśmy się, zupełnie dla nastoletnich jaj. Dziś jednak lubię patrzeć na to wydarzenie jak na początek próby akceptacji mojego – wtedy raczkującego – gejostwa i choć tak naprawdę było zupełnie inaczej, taki scenariusz przedstawiam znajomym. Dlaczego? Moja psychoterapeutka twierdzi, że powinienem poszukać odpowiedzi we wspomnieniach. Też mi nowość.

jak stałem się moim ojcem nowa historia

Z tego, co wiem, mój ojciec nigdy nie próbował rozwieść się z moją matką. Romantyczna miłość połączyła ich na wycieczce z GS-u, gdzie oboje pracowali. My z moim partnerem (ciągle nie kupiliśmy obrączek) spotkaliśmy się na evencie w plajtującej kameralnej księgarni, podczas którego chyba jako jedyni nie udawaliśmy, że bardziej od turboprzecenionych książek, interesuje nas ratowanie miejsca.

Za to uratowaliśmy psa. Pomyślałem, że zachowam się jak Matka Teresa, dlatego w schronisku wybraliśmy najbardziej zawszonego i brzydkiego kundla z możliwych. I tak jak przy okazji pomocy Matkę Teresę interesowało głównie własne bogacenie się, tak i mną kierowały egoistyczne pobudki. Moim wynagrodzeniem miały być polubienia na Instagramie. Przeliczyłem się; kundel się nie lajkuje. Lena, bo tak ma na imię, liczy sobie dziesięć lat. W schronisku zapewniali, że ma co najwyżej sześć. Przecież jej teraz nie oddamy, to niehumanitarne, choć mamy na wychowaniu pieprzonego Benjamina Buttona, który do tego nie młodnieje. A Lena mogłaby z wiekiem stać się airedale terrierem, Bradem Pittem wśród psów.

Ale kochamy ją, aż chciałoby się powiedzieć, że jest najlepszą rzeczą, jaka nas spotkała. Czy nie tak rodzice najczęściej mówią o swoich dzieciach? Nie, ani ja, ani mój partner tak jej nie określamy. Kundel to kundel, nie żadna córunia czy synuś. Poza tym, nawet gdybyśmy mogli, nie chcemy mieć dzieci, pies jest ostatecznością.

Chłód też mam po starych, którzy podobno emocjonowali się tylko z przyjścia na świat mojej siostry; jej rozwój przypadł na ich szaloną młodość, mój – na kryzys wieku średniego. Mną się nie chwalono, tylko bardziej informowano, że istnieję, i że nie jestem podrzutkiem.

Rodzice w moim wyobrażeniu są jak Beyonce i Jaz Z prowincji – ściśle ograniczający to, co o sobie zdradzą innym, i skrupulatnie wybierający imprezy, na których się pojawią (najczęściej to imieniny Janiny); są gwiazdami wieczoru. Kiedy starzy słyszą: „Janusz, Barbara! Jak miło was widzieć”, na bank nucą pod nosem: „Got me looking, got me looking so crazy in love”.

Muszę przyznać, że tę potrzebę nierozłączności musiałem odziedziczyć po nich. Rzadko zdarza się, byśmy z partnerem wychodzili oddzielnie, ba! mamy nawet tych samych znajomych. Dlatego, kiedy ogłosił, że idzie na party integracyjne z ziomkami z pracy, zabrzmiało to jak brazylijski karnawał, a czas, podczas którego miało go nie być, zdawał się nieskończonym. Gdy tylko zniknął za drzwiami, odpaliłem zaległy „American Horror Story”. Jednak w połowie odcinka poczułem, że coś jest nie tak. Pusto, smutno, nudno. Na napisach końcowych otworzyłem wino, ale nie jakiś tam riesling za 15 zeta z Biedry, tylko porządniejszy weissburgunder, kupiony dla kumpeli na urodziny. Po drugim kieliszku serial poszedł w zapomnienie. Wjechał Spotify i smutne piosenki. Najpierw „Wonder of You” z „Big Little Lies”, następnie czołówka „Jeziora marzeń” – tu, mimo że piosenka jest o tym, że dwoje dzieci będzie musiało wychowywać się bez ojca, żołnierza zaginionego w zawierusze II wojny światowej, w tamtej chwili tak naprawdę dotyczyła mojego nieobecnego partnera. Spojrzałem na Lenę i się zupełnie rozkleiłem, tak bardzo nie chciałem wychowywać jej sam. Usnąłem w ciuchach. Partner obudził mnie po drugiej. Sprowokowany kacem moralnym, opierdoliłem go, że wrócił tak późno.

Któregoś razu, spacerując z ojcem po rodzinnej mieścinie, spotkaliśmy Justynkę – moją byłą żonę – z bliźniakami w wózku. Stary od razu stał się rubaszny i zaczął wygadywać do nas, że one mogłyby być moje, gdybym tylko się wcześniej postarał. Wtedy prawie zrobiłem coming out, ale tylko zgarbiłem się, ręce splotłem z tyłu i poszedłem przed siebie, zostawiając ich z niedokończoną rozmową. Moja psychoterapeutka powiedziała, że znowu uciekłem od problemu. Najwidoczniej nie potrafię jeszcze przejść na jasną stronę mocy.

Sześć albo hipsterhomofobia

Hipsterhomofobia nowy wpis

Moim kolejnym etapem ewolucji będzie potwór z „A Quiet Place”. To więcej niż pewne. Już dawno  nie identyfikowałem się z bohaterem filmu tak bardzo, jak w przypadku tych niewidomych kosmitów czy kimkolwiek oni byli. Rozumiem żądzę uzyskania umiłowanych ciszy i spokoju, nawet za cenę posiadania łysej głowy, która otwierając się, przybiera formę zbliżoną do zmultiplikowanej muchówki. Do reszty ich ciała też można się przyzwyczaić, przecież to wypisz, wymaluj robak-wojownik z „Żołnierzy kosmosu” opętany dzisiejszym przymusem bycia fit & skinny. Oczywiście wątpliwą kwestią jest reagowanie na hałas mordem, ale bądźmy szczerzy – w końcu każdemu mogą puścić nerwy.

Kiedyś przeczytałem w necie charakterystykę mojego znaku zodiaku; sugerowano, że jestem domatorem, lubiącym odpoczywać z herbatą i książką, ceniącym prywatność i tak dalej, czyli zgryźliwy dziadek w szlafroku. Parsknąłem śmiechem, bo wtedy, na pierwszym roku studiów, głównie imprezowałem, a sam tekst brzmiał jakby stworzyła go moja znajoma, która pracowała wówczas jako wróżka internetowa. Jednak z wiekiem istotnie zacząłem preferować zdziadziały tryb życia, a basy, akceptowalne w klubach, dochodzące zza ściany zaczęły mnie wkurwiać.

Nie mam nic przeciwko starzeniu się, a nawet myślę, że z wiekiem staję się bardziej wartościowy, jak chardonnay przechowywane w beczce. Mimo to, do tej pory moim największym osiągnięciem jest fakt, że nie umarłem, z tego też względu, gdy słyszę hałas od sąsiadów, dzwonię po policję, bo przecież nie mam nic do stracenia.

A gliny i tak muszę nastukać sobie punkty – chociaż, hmmm, one chyba naliczają się tylko wtedy, kiedy gliniarze łapią przechodniów i rowerzystów… Anyway, who cares. Po telefonie, przy drzwiach nasłuchuję buciorów na klatce schodowej albo kukam zza zasłony, czy gliny idą do patosąsiada, który wystawia głośniki na podwórko i napierdala disco polo. Nie uśmiecham się, tylko irytuję, że ludzie mogą być tacy głupi i jednocześnie bezczelni. Bo co? Gentryfikacja zapędziła ich w kozi róg i muszą sobie robić wine bar pod moimi oknami?

Gdy opowiedziałem o tych sąsiedzkich ekscesach mojej matce, ta coraz szerzej otwierała oczy. Wyobraziłem sobie jej tok myślenia: „Dlaczego moje dziecko jest takie wściekłe? Czy jakiś wuj go molestował w dzieciństwie i nikt mi o tym nie powiedział?! Co z nim jest nie tak?!”. Wierzę, że potwór z „A Quiet Place”, w którego w przyszłości się zamienię, na razie przebywa we mnie i zazwyczaj jest wielkości Calineczki, ale podjudzony i zaniepokojony rośnie w siłę i zaciera mordercze górne kończyny. Głośna muzyka zza ściany lub szyby jest jedynie rezultatem. Problem leży w ludziach i w tym, że oni potrafią mówić i robią to bez zastanowienia lub, co gorsza, uważają, iż słowa, które cisną się im na usta, są warte wypowiedzenia.

Ostatnio siedzieliśmy przy małym stole wystawionym na chodniku przed winiarnią. Ładna pogoda, środa mały piątek, albariño w wiaderku z lodem. Napełniłem kieliszki i zakręciłem swoim, aby wydobyć aromat owocu. Wtedy przez gwar usłyszałem: „Zobacz, jak pedały siedzą i sobie piją wino”. Szukając źródła dźwięku, na balkonie namierzyłem dresa, który wskazywał nas swojej dziewczynie/siostrze/mam to w dupie. W kraju rządzonym przez skrajnie homofobiczną zgraję ludzi, zafiksowaną na „tajnikach seksu gejowskiego” czy tropieniu homo wśród nauczycieli i dyrektorów szkół, trudno wymagać, by jednostki ograniczone mogły zareagować inaczej niż wtedy, gdy zobaczyłyby urzeczywistnienie drażniącej ich tęsknoty za lepszymi starymi czasami. Stąd też mój wewnętrzny potwór, znudzony tylko mruknął delikatnie, a ja w dalszym ciągu kręciłem kieliszkiem, by wydobyć aromat nektarynki spod solanki.

Głowa mojego wewnętrznego killer-to-be dopiero wtedy otwiera się jak muchówki, kiedy homofobia wymsknie się swoim ziomkom – wypowiadane przez nich głupoty są równie trudne do uwierzenia, co do wytrzymania. Wtedy potwór potężnieje, a jego kończyny pulsują tuż pod moją skórą. Niedawno mój hetero kumpel, który bez obciachu nosi kurtkę z różowego kreszu, swobodnie zaczął rzucać wszystkimi odmianami słowa „pedał”. Och, ociupinkę ironii jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda? Tym bardziej, że w taki sposób pokazywał swoją tolerancję, parodiując jej brak u przedstawiciela polskiego dresiarstwa. Przecież wiadomo – tak naprawdę orzeczenie o homoseksualności przychodzi do nas listem, takim jak z Hogwartu, a wtedy z radości skaczemy po łóżku w rytm starych przebojów Cher. Po co te nerwy? Wewnętrzny potwór zaczął wariować i wyrywać się, głodny hipster homofobii.

hipsterhomofobia nowa historia

Na początku lat 2000, co chwila ściszając i nasłuchując kroków starych, oglądałem w telewizji „Mój pierwszy film o gejach” (tytuł wyleciał mi z głowy, sorry). Pamiętam go jak przez mgłę, ale na pewno jeden z głównych bohaterów – pozujący na turbomęskiego – szykując się na randkę, chuchał dymem papierosowym na kartkę i rozsmarowywał ten zapach na swojej szyi. So sexy, choć wiadomo – chce być maczo, ale pedała z siebie nie wypleni, więc powinien go zaakceptować. Tak jak i my, hetero ciebie akceptujemy. Jesteś wśród swoich, ale pod warunkiem, że będziemy używać wyzwisk, które mogły cię kiedyś boleć, ale teraz przecież już nie muszą, bo w naszych ustach wyrażają ironiczny stosunek do rzeczywistości, a to z kolei szerowanie dobrych praktyk, c’mon. Spróbuj się przeciwstawić, powiedzą, że mentalnie dalej siedzisz w szafie. Oto hetero przywilej.

Kto by pomyślał, że student stażysta, tworzący opis mojego znaku zodiaku do netu nie pomyli się w charakterystyce; być może w taki sposób znalazł swoje powołanie, tak jak ja znalazłem sens w zostawaniu w fotelu z książką. Nie mogę pozwolić wewnętrznemu potworowi na antyheteryckie rozedrganie, bo zanim wyewoluuję w tego z „A Quiet Place”, minie jeszcze trochę czasu. Na szczęście my little monster ma na udzie tęczę.

Pięć albo śmierć w toi toiu

śmierć w toi toiu już na blogu

Nie wspominałem o tym wcześniej, ale ośrodek, do którego chodzę na terapię, znajduje się w niegdyś współdzielonym przeze mnie mieszkaniu. Świadomie wybrałem to miejsce, uznając, że przebywanie w znajomej przestrzeni może dobrze mi zrobić po wizytach w dziupli Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida. Ale o jednym nie miałem pojęcia – nowa psychoterapeutka zajmuje mój stary pokój.

Powiedzmy sobie szczerze – było takie podobieństwo, ale kiedy odkryłem ten fakt, poczułem się niczym dzieciak z hollywoodzkiego filmu, który po latach od zaginięcia, wraca do domu z nadzieją, że znajdzie w nim wszystko tak, jak zapamiętał, łącznie z wystrojem swojego pokoju. Dzieciak jednak bardzo szybko orientuje się, że rodzice nie tylko wyjebali jego zabawki i stare meble na rzecz nowych, ale również adoptowali dziecko i generalnie nie wiedzą, co począć ze starym. „Johnny, tak trudno nam uwierzyć, że żyjesz!”. Na szczęście to uczucie minęło, kiedy nowa psychoterapeutka wskazała na czekoladowy fotel, w którym zaraz usiadłem. Rozejrzałem się po pokoju, w głowie stwierdzając coś w stylu: „Ach, tak się tutaj urządziła. No, niech jej już będzie, choć zrobiłbym to inaczej”. Poczułem ekscytację przed niewiadomą.

Gdy robię coś po raz pierwszy, zawsze myślę o „Jurassic Park”, pierwszym filmie obejrzanym w kinie; miałem wtedy może siedem, osiem lat. Pamiętam zachwyt towarzyszący mi, kiedy przekraczałem próg budynku, przy kasie niepewnie nabrałem ulotek reklamujących nieznane mi produkcje.

Byłem dzieckiem wyciągniętym z buszu maleńkiej miejscowości początku lat 90., nieświadomym, że spędzę bite dwie godziny w ciemnej sali z wielkim ekranem, na którym ogromne gady, stworzone technologią, jakiej świat nie widział, będą pożerały ludzi. Od połowy śledziłem akcję spod fotela. Hmmm, zastanówmy się, czy to mogło się odbić na mojej psychice?

Jest taka scena we wspomnianym filmie, w której Tyrannosaurus rex pożera kolesia siedzącego na kiblu. Zawsze wspominam ją z przykrym zawstydzenia, bo śmierć w toi toiu stała się dla mnie synonimem największego obciachu. Trochę później, mniej więcej od połowy gimnazjum, miałem wrażenie, że w takim miejscu i w takiej pozycji żegnam się z życiem za każdym razem, kiedy marzyłem o nagich kolesiach (przystojnych), albo – już w liceum – wracałem w nocy z ruin mleczarni, gdzie sporadycznie spotykałem się z facetami (obleśnymi), których na substytut seksu udało się ściągnąć z pobliskiego większego miasta. Wtedy, zakradając się przez moją mieścinę, zaklinałem się w myślach, że jeśli nikt mnie nie rozpozna, nigdy więcej nie wejdę na czat, a nawet wyrzucę tę jebaną Neostradę!

śmierć w toi toiu nowa historia

W takich chwilach moszczenie się w szafie przychodziło łatwo; wydawało się być jedynym sensownym rozwiązaniem, przecież było w niej tak przytulnie i bezpiecznie. Kilkunastoletnie kolonie z wyżywieniem, byleby nic nikomu nie wypaplać. W rzeczywistości wnętrze mebla było obite watą szklaną; może i wyszedłem z niego żywy, ale na pewno pokiereszowany. Terapia jest powrotem do szafy, w której na nowo zagnieżdżam się w pozornym zaciszu.

Wiedziałem o tym, oglądam seriale, i być może dlatego spodziewałem się czegoś więcej. Gdy przekraczałem próg baraku – teraz już mojej byłej – terapeutki, wiedziałem, że idę tam, bo chcę sort my shit out, ale jednocześnie co tydzień pragnąłem zdawać relację znajomym. Wtedy rozejrzałem się po wnętrzu gabinetu, spojrzałem na laskę i już wiedziałem, że będę musiał mocno koloryzować, jak wtedy, kiedy robi się zdjęcie sushi na Instagram, a ono jest z Biedry i do tego jeszcze z przeceny #biedamillennialsempowering. Za każdym razem, siedząc na kanapie terapeutki miałem wrażenie, że znajduję się w toi toiu; zaraz zostanę z niego wyrwany i pożarty przez samicę Tyrannosaurusa rexa, która do tego okazała się homofobką. Całość rozgrywała się w każdą niedzielę.

Niedziela kojarzy mi się z dzieciństwem i przymusem chodzenia do kościoła, tłustym obiadem i ciszą przed burzą. Niedziela to kłamstwo i nauka pośpiesznego odpierania ataków; nie ma czasu na zastanawianie się, bo ono oznacza ściemę: „Co było na kazaniu?”, „Nie wiem, gadałem”, „Śmierdzisz papierosami!”, „To Dominik palił!”, „Czemu wracasz po nocy z ubłoconymi spodniami?!”, „Przewróciłem się”, „Płakałeś?”, „Co? Weź, tylko pedały płaczą!”. Na terapii było podobnie: „Czemu pan nie lubi grubych?”, „Co? A co z Adele?!”, „Czy jest pan ze mną szczery?”, „Jak najbardziej!”, „Czy pan wie, że jest pan w związku gejowskim dla bezpieczeństwa”, „Chyba się pani zdaje!”, „Pan mówi jedno, ja słyszę drugie”. Fuck you, Sigmund Freud!

Mam wrażenie, że nowa terapeutka, ta od czekoladowego fotela w moim byłym pokoju, zdaje sobie sprawę, iż łączy nas transakcja biznesowa i nie interesuje ją, inaczej niż poprzednią, na siłę tworzenie między nami głębokiej przyjacielskiej więzi, do której zobrazowania używałaby gestykulacji przypominającej urabianie ciasta. Co prawda miewa źle wyregulowane ramiączka od stanika, które czasami wysuwają się spod bluzki, ale potrafi mnie zająć na tyle, bym przez pół spotkania nie myślał o tym, że na pewno o wiele więcej dowiedziałbym się o moim pragnieniu bycia kimś innym, włączając na YouTube filmik „Kate McKinnon Shows Us the Last Thing on Her Phone”. Nawet ostatnio powiedziała, że jest ze mnie zadowolona. Choć – dam sobie rękę uciąć – na pewno zaśpiewała w myślach: „Bitch Better Have My Money”.

Cztery albo będzie ślub

będzie ślub nowy wpis

W okresie wakacyjnym wchodzę na booking.com i przeglądam oferty. Pierwsza zakładka wyszukiwarki to bieda-hostele. Druga zawiera te wszystkie pięciogwiazdkowe Radissony Blu Edwardiany i Reginy Louvre. Lubię sobie wyobrażać, że w jednym z nich, opadłszy na otomanę, popełniam samobójstwo.

Tak wiem, brzmi kiczowato i melodramatycznie, jak gdybym naczytał się niemieckich romantyków, ale niegdyś rozważałem, by na bogato dołączyć do Klubu 27; teraz traktuję tę wizję wyłącznie sentymentalnie, tym bardziej że na jej urzeczywistnienie mnie zwyczajnie nie stać, a PolakPotrafi w tym wypadku nie wchodzi w grę. Co więcej nie śpiewam oraz właściwie nie znam muzyki, którą za życia tworzyli członkinie i członkowie wspomnianego klubu, więc, gdybym jakimś cudem się do niego dostał, byłby przypał towarzyski. Jednak, co najbardziej istotne, nie mam już dwudziestu siedmiu lat.

Po trzydziestce wiele się zmienia. Nie tylko dajesz za wygraną i żyjesz dalej, ale zaczynasz robić rzeczy, które jeszcze nie tak dawno wydawały ci się niemożliwe do wykonania. U mnie zaczęło się od zdziwienia w czasie redukcji przy drugim śniadaniu, że zamiast górnej części bułki, wziąłem dolną, jednocześnie będąc przekonany, iż dokonuję świadomego i lepszego wyboru. Górna jest tą popularniejszą, bo jej puszystość i zaokrąglenie niczym kobieca pierś, uwalnia u konsumentów instynkty noworodka. Tymczasem mnie góra wydała się chybotliwa, wymagająca warstwy masła i glazury z majonezu, aby utrzymać całą konstrukcję. Dolna, przez płaskość podstawy, była metaforą stałości, opoką dla sera, szynki i sałaty, a także moim początkiem kontestacji starych przyzwyczajeń i poglądów.

będzie ślub nowy wpis

Ostatnio, od niechcenia obserwując mieszkającą w sąsiedztwie patofamilię, która zataczała się pod moimi oknami i co rusz uwieszała się rączki wózka spacerowego, powiedziałem do siebie: „Jakim marnym prawem oni śmią się nazywać małżeństwem?!”. Użyłem mojego ulubionego, nieznoszącego sprzeciwu tonu głosu, nawet pogroziłem palcem. Następnie w myślach przeleciałem po twarzach naszych znajomych. Nikt z nich nie jest dłużej w związku niż ja z moim partnerem. Jedna przyjaciółka zdążyła mieć już przynajmniej pięciu kolesi, by w końcu, a to i tak z przerwą, ustatkować się z przedostatnim, najlepszym. Druga, z heteryczki z wątpliwościami, stała się les pełną gębą, nawet ubiera się w Lidlu. Kolejna para to chłopak i dziewczyna normalna rodzina, i faktycznie – są po ślubie cywilnym i mają dwulatka. Gdzie nasze konfetti z okazji długofalowego projektu zatytułowanego „Gejowski związek”? I dlaczego, do ciężkiej cholery, ciągle, od blisko dziesięciu lat, jeden o drugim mówi „mój chłopak”? Jakbyśmy zatrzymali się w rozwoju po roku bycia ze sobą. „Gu-gu-gu-gu, kochaś mnie?”. „Kocham!”. W Polsce jesteś homo na własną odpowiedzialność.

Dlatego postanowiłem, że mojego partnera będę nazywać mężem. Mój mąż brzmi doroślej, prawda? Poza tym homofob zaatakuje już wtedy, kiedy powiem „mój chłopak”, więc wolę dostać za „męża”, przynajmniej będę bił się w poczuciu, że bronię podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Zresztą jeżeli zwracamy się do osób nieuprzedzonych, stwierdzenie „mój mąż” wzbudza powszechny szacunek i można go używać w różnych kombinacjach, na przykład: „zapytam męża”, „mąż ugotował”, „mąż na schwał”, „zostaw, kurwa, mojego męża w spokoju!” i tak dalej. Choć jeszcze do niedawna uważałem, że sparowani geje, mówiący do siebie per „mąż” są żałośni, bo jedynie nieudolnie pragną wpasować się w heteryckie schematy i tylko czekać, aż wyjawią, kto w ich związku jest kobietą, a kto mężczyzną. Kiedyś również uważałem, że geje czują się jak w „The Walking Dead”, instynktownie łączą się w grupy, żeby przetrwać, więc, jak widać, mogę się mylić.

Ukoronowaniem nowego życia w kontestacji utartych stereotypów miało być nie tylko nazwanie partnera mężem, ale i zaobrączkowanie. Z tyłu głowy słyszałem głosik mojej byłej terapeutki, tej, co wyglądała, jakby uciekła z taniej, polskiej wersji „Westworld”, jak dopytuje, czy aby nie tworzę substytutu heteroseksualnego świata, do którego podświadomie chcę dotrzeć? Bitch, shut the fuck up! Uroczystą wymianę srebrnych krążków zaplanowałem jako niespodziankę, na dzień urodzin mojego MĘŻA, wypadający w nasze wakacje. Chciałem zarezerwować stolik na śniadanie w restauracji jakiegoś porządnego hotelu, do którego udalibyśmy się z pospolitego airbnb, bo na nim stanęło. Kto wie, może podano by bułki z kawiorem, a w tle – zupełnie ironicznie – poleciałaby piosenka Amy Winehouse?

Tylko raz w życiu kupiłem obrączkę; wykonana była z plastiku, a ofiarowałem ją Justynce z II b, jej siostra udzieliła nam ślubu na pustakach za moim domem, tych samych, na których prowadziłem swego czasu lumpeks.

Jak miałem teraz oszacować rozmiar palca mojego męża? To plastikowe kółko można było rozszerzać, srebrne chyba nie. Czy powinienem w nocy zaczaić się z centymetrem i poczekać, jak delikwent wejdzie w fazę REM, a następnie zmierzyć średnicę jego palca serdecznego?

To było ponad moje siły, dlatego też zrobiłem to, co zawsze robię, gdy myślę, że nie poradzę sobie z zadaniem – powiedziałem o wszystkim mojemu mężowi. Przyznał: „Też myślałem o obrączkach dla nas”. Pozwoliłem sobie na uśmiech rozanielenia. Jednak romantyczność romantycznością, ale tuż za rogiem czaiła się smutna rzeczywistość: przecież muszę teraz wymyślić kolejny prezent na urodziny.

Trzy albo wewnętrzne dziecko

wewnętrzne dziecko nowy wpis

Kiedy miałem sześć lat, zapytałem moją matkę: „Mamuś, czy Japończycy podglądają nas przez kamery zamontowane w naszych obrazach?”. Odpowiedziała: „Tak”. Musiałem wtedy skupić się na perwersyjnym zadowoleniu z samego faktu, że ktoś chce obserwować pospolitość, bo nie wymyśliłem Big Brothera. Zamiast tego godzinami łaziłem po domu jak modelka na wybiegu. Na drugi dzień przypadło zakończenie zerówki. Gotowałem się z niecierpliwości, aby ostrzec koleżanki i kolegów przed śledzącymi każdy nasz ruch Azjatami. W szatni, zmieniając buty na bamboszki, spojrzałem na matkę. Pomyślałem: „A jeśli mnie okłamuje?”. Mogła chcieć zaniżać moje ambicje, wtedy jeszcze nie otrząsnęła się z zawodu, który jej sprawiłem rok wcześniej.

Nie lubię dzieci. Ja z dzieciństwa jestem dla siebie skutecznym odstraszaczem. Gdy więc ktoś ze znajomych zbacza w rejony zapłodnienia, ciąży, porodu i dalszego horroru, zaczynam nerwowo pocierać dłonią o dłoń. Na przykład ostatnio moja przyjaciółka wprosiła się z chińczykiem na wynos, niby z obiecanymi korepetycjami używania pałeczek, a w rzeczywistości na żale. Zwierzyła się, że wybuliła cztery stówy za badania hormonalne, których wynik był korzystny. Korzystny, a okres nie wrócił. Stres zżerał ją od środka, bo nie wiedziała, kto miałby zapłacić za poród. Jednak w ciąży też nie była. Po tym incydencie pozostała jej jedynie pewność, że chce zajść, aby mieć to już za sobą. Powiedziała: „Młodsza nie będę, a okolice trzydziestki są najlepsze”. Po długich przemyśleniach postanowiła zamienić freelance na etat, a ten na macierzyńskie. Zapytała, co myślę. Odparłem: „Czy ty nie masz innych przyjaciół, że przyszłaś z tym do mnie?”.

Dzieci płaczą na mój widok, jakbym był obwieszony krzyżami i zamiast perfum z drogerii nosił na sobie wodę święconą, a je wszystkie na świat wydała Rosemary.

Dzieci to też często stracony potencjał. Na zakończeniu zerówki postanowiłem nikogo nie informować o sprawie z kamerami. Jednak następnego dnia, wściekły na targające mną wątpliwości, wykorzystując sytuację, że starzy byli w robocie, pościągałem ze ścian obrazy i wyniosłem je za dom, gdzie po kryjomu, na pustakach, sporadycznie prowadziłem lumpeks „Pod krokodylem”. Czekałem na klientów, doczekałem się lania.

Powiedziałem mojej psychoterapeutce, że mogłem wykorzystać tę okazję, by stać się kimś na kształt polskiego Doogiego Howsera. A tak to na całe życie zostałem randomem ludzkim, u którego ambition nazywają się garnki. Moja psychoterapeutka kazała mi skupić się na tym, dlaczego teraz wyciągam to wspomnienie i zastanowić się, czy może próbuję przed samym sobą ukryć potrzebę posiadania potomka? Odpowiedziałem: „Nie chcę brzmieć, jakbyśmy z moim partnerem nie chcieli mieć dzieci, ale nie chcemy. Jednak na przekór polityce kraju, w którym przyszło nam żyć, czasami myślę, że je mamy. I to jest, proszę pani, dramat. Bo chciałbym instagramowo doszczęśliwioną rodzinę z przynajmniej 15K obserwujących, a mogę co najwyżej liczyć na wiekuisty mem z disaster girl”. Na to moja psychoterapeutka zachęciła, abym poszukał wewnętrznego dziecka. Ryzyko jest zbyt wielkie.

Rok wcześniej, nim nakryłem Japończyków majstrujących przy naszych landszaftach i martwych naturach, na dzień przed weselem mojej siostry, postanowiłem, że zostanę mężczyzną. Namówiłem do tego trochę starszego kuzyna, który miał mnie pilnować w czasie, gdy dorośli sami dopilnowywali czego tam trzeba było dopilnować. A my wkroczyliśmy do kurnika. Czy nie tego się od nas oczekuje? Abyśmy postawili na swoim, my, młodzi, biali heterycy? Na bank tak wtedy nie myślałem, ale teraz, kiedy przypominam sobie ojca i szwagra z napiętymi mięśniami – jakby występowali w „Olimpiadzie” Leni Riefenstahl – sprawnie odrąbujących ptasie łby, odnajduję pewną metaforę. W kurniku, prócz kur, akurat hodowano młode białe kaczki, więc braliśmy po jednej i zanosiliśmy do pieńka straceń. Głowa blisko. I ciach! Dla moich pięcioletnich rączek toporek bywał za ciężki, dlatego czasami mój kuzyn musiał biedaczkę dobijać. Zabite kaczki wieszaliśmy na sznurkach na pranie. Do wyschnięcia. Matka, lejąc mnie później pasem, syczała przez łzy, że ją zawiodłem. A przez lata, za każdym razem, gdy w telewizji leciał „Omen”, patrzyła na mnie ze strachem.

Zadowolony, że nigdy nie powiedziałem mojej psychoterapeutce o powściąganiu chęci rozwiązania moich problemów przez masowe morderstwa, będąc pewnym znalezienia przez nią teraz analogii, wykrzywiłem twarz w grymasie „A nie mówiłem?”. Na koniec wizyty, pewnie z uporczywej chęci znalezienia pozytywu, psychoterapeutka zapytała mnie o największe dziecinne marzenie. Powiedziałem, że odkąd pamiętam, pragnąłem, by zaadoptowała mnie rodzina z „Bill Cosby Show”.

wewnętrzne dziecko nowy tekst

Za każdym razem, kiedy wracam z terapii, włącza mi się gastrofaza, jakby moja psychoterapeutka specjalizowała się w spotkaniach opartych o podejście poznawczo-behawioralne dzieci kwiatów. Zaglądam do lodówki, początkowo niepozornie, jak niegdyś w dzieciństwie, żeby tylko popatrzeć, ale zaraz wyjmuję dobra z Biedry. Wtedy, gotowy na zajście w ciążę spożywczą, myślę o Grubym Ksawerym. Wreszcie przegryzam jedynie seler z hummusem, bo mimo że nie wymyśliłem Big Brothera, to może chociaż na prostych nogach uda mi się kiedyś dotknąć tych cholernych stóp.