Jeden albo śmierć byłego chłopaka mojego partnera

śmierć byłego chłopaka mojego partnera

W pierwszym odcinku czwartego sezonu skandynawskiego serialu kryminalnego „The Bridge” kobieta zostaje zakopana od głowy w dół, po czym ukamienowana przez oprawcę. Tak właśnie wyobrażałem sobie śmierć byłego chłopaka mojego partnera.

Ale nie powiedziałem o tym mojej psychoterapeutce. Jak również tego, że przed zaśnięciem coraz częściej marzę o tym, kogo i jak bym zakatrupił. Jednego zepchnąłbym z mostu wprost na czteropasmówkę, kolejną ciągnąłbym przywiązaną do samochodu, a na kogoś innego wpłynąłbym telepatycznie, ustawiając brutal mode, by rzucił się z nożem na tę kato-pizdę z parteru, która na pewno zabrania swoim dzieciom mówić nam dzień dobry, choć od paru dobrych lat mieszkamy dwa piętra wyżej. Dzieci ukarałbym stage fatality.

Nie powiedziałem o tym mojej psychoterapeutce. Chyba się wstydziłem. Trochę tego, że jeszcze miesiąc temu wzruszony opowiadałem jej o dokumencie Netflixa o zamachach w Paryżu w 2015. A trochę też tego, że jako trzydziestoparolatek powinienem get my shit together i przestać fantazjować, jak usypiam byłego chłopaka mojego partnera, zaklejam mu usta, tacham do lasu, zakopuję od głowy w dół, czekam na jego przebudzenie i następnie ciskam w niego setką kamieni, aż do chwili, gdy delikwent wykituje. Mam wszystkie śmierci szczegółowo opracowane. Przecież nie jest łatwo kogoś zamordować i na końcu nie usłyszeć: „Saga Norén, Länskrim Malmö”. Moją metodą jest zostanie jednym z X-Menów.

O tym też nie powiedziałem mojej psychoterapeutce. Bo nie chcę jej stracić, tak jak straciłem poprzednią. Co prawda tamta okazała się homofobką; po czterech miesiącach moich odwiedzin stwierdziła, że pozostaję w związku homoseksualnym z wygody. W Polsce! A jeszcze nie tak dawno opowiadałem jej o cieciu drącym się z okna na całe podwórko: „Pedały!” i o tym, jak po opisaniu tej sytuacji na fejsie, kolo z TVN-u zgłosił się z propozycją interwencyjnego reportażu. Na szczęście, aby uciszyć ciecia, wystarczył telefon do właściciela kamienicy. Teraz nie miałem kogo poinformować o słowach terapeutki, dlatego odszedłem. Przez esemesa.

Pół roku później powiedziałem o tym (nowej) psychoterapeutce, która od razu zdiagnozowała mój problem z konfrontacją. Odetchnąłem z ulgą i pomyślałem, że w końcu trafiłem na osobę godną zaufania, taką, o której będę mógł informować znajomych słowami: „moja terapeutka twierdzi…”. „Moja terapeutka…” mix asekuracji i autorytetu. Tak jak u Woody’ego Allena, gdyby tylko przez akcję #metoo powoływanie się na jego filmy nie zostało zbanowane w towarzystwie.

Powinienem od razu do niej przyjść, a nie z oszczędności oglądać botki z frędzlami a’la dziewczyna z westernu i wdychać ten subtelny acz na dłuższą metę kłopotliwy zapach świeżego potu. I pomyśleć, że dodatkowe czterdzieści zeta tygodniowo sprawia, iż wnętrze nie wygląda już jak z outletu IKEA, a wręcz przeciwnie – jak z półki premium. Tylko szezlonga brak.

Na terapii skupiam się na braku pewności siebie i uporczywym udowadnianiu, że jestem gorszy od innych. To w skrócie. Nie mówię nic o powściąganiu chęci rozwiązania moich problemów przez masowe morderstwa. Jest mi tak dobrze w czekoladowym fotelu z twardymi podłokietnikami i tak bardzo nie chcę po raz kolejny streszczać swojego życia nowej osobie, że sam siebie trzymam w ryzach. Ostatnio nawet przysiągłem w myślach, że kiedy na ulicy przypadkowo natrafię na byłego mojego partnera, w wyobraźni nie będę wybierać najmocniejszej taśmy klejącej i szpadla w Castoramie, tylko wzruszę ramionami. Przecież te kilka miesięcy ich licealnego związku przy blisko dekadzie naszego to nic, pikuś. A próby wspomnianego kolesia – nazwijmy go antagonistą – odnowienia kontaktu z moim partnerem powinienem zwyczajnie olać.

Kiedy więc którejś z niedziel natknęliśmy się na antagonistę w zatęchłej przestrzeni niedziałającego dworca kolejowego, gdzie na pchlim targu usiłował opchnąć starocie, nie poczułem nic. Przeszliśmy obok stoiska, nawet na nie nie patrząc i wtedy usłyszałem, jak woła mojego partnera i zaczyna rozprawiać, że to wszystko buchnął z babcinego strychu. Łącznie z zestawem kawowym z Ćmielowa. Sześć stówek. I być może przez przestrzeń dworca, a może przez górujący nad nami głos przedwcześnie łysiejącego komiwojażera od siedmiu boleści, nie ukamienowałem go w myślach, tylko wepchnąłem w sam środek strzelaniny na koncercie w Bataclan. Nie ja pociągałem za spust.

Mimo całej niechęci do tego człowieka, zrobiło mi się przykro. Nie bardzo, ale wystarczająco, by scrollując artykuł zatytułowany „Paris attack victims: All 129 people killed in terrorist attacks identified…”, zatrzymać się na zdjęciu byłego mojego partnera i przeczytać, co też na jego temat mają do powiedzenia bliscy mu ludzie. Jednak słów tego peanu za nic w świecie nie mogłem przywołać.

O tym też nie powiedziałem mojej psychoterapeutce, choć chciałem, naprawdę, tyle tylko, że tym razem zeszło na moje dzieciństwo i poszukiwanie w pamięci pozytywnych momentów i wzorców, tych, które uformowały mnie takiego, jakim jestem. Ale to opowieść na zupełnie inny odcinek.