Dwa albo front-dead developer

front-dead developer

Na siłce Gruby Ksawery zwierzył mi się, że nie potrafi utrzymać diety i wieczorami zajada stres z roboty. A jeszcze niedawno widziałem go, jak na treningu funkcjonalnym zgiął się wpół i na prostych nogach oplótł palcami wskazującymi paluchy stóp. Poradziłem Grubemu Ksaweremu, by jadł co trzy godziny, a wraz z tym przejawem empatii przeminęła moja niedawna zazdrość o jego giętkość. Jednak przez kolejną godzinę tureckiego wstawania z kettle’ami zdążyło wyewoluować we mnie nowe uczucie – zawiść o pracę.

Whoopi Goldberg jakiś czas temu powiedziała: „If you’re not marrying a millionaire, your ass gonna be working”. Słowa te na bank zyskałyby aprobatę mojej matki, która twierdzi, że tylko porządny etat z gwarantem emerytury ma rację bytu, a te wszystkie frilinsy można o kant dupy potłuc.

Podczas kolejnej tego typu rozmowy starałem się zatrząść jej kompasem moralnym, powołując się na statystyki pokazujące, że większość młodych Polaków w pierwszej pracy chce grubo ponad trzy tysie na rękę i to na etat w dużej korpo, z luzem i bez poświęceń. Greedy as fuck. Ale jej, jako wychowance poprzedniego systemu, chciwość syna nie napełnia odrazą, wręcz przeciwnie – jest dowodem obrotności. Poza tym dodała, że ani nie szukam pierwszej pracy, ani nie jestem pierwszej młodości. Z tym drugim ma właściwie rację – po trzydziestce proszenie ją o kolejną stówkę przychodzi z coraz większym trudem.

Znasz to uczucie, kiedy budzik w smartfonie dzwoni o szóstej trzydzieści, jest późny listopad, za oknem nieprzenikniona ciemność i słychać tylko szum ulewy, a ty musisz wydostać się spod ciepłej kołdry, która nigdy nie jest miększa i przytulniejsza niż właśnie o tej porze, i wyjść do pracy? Tak właśnie czuję się za każdym razem, spisując wywiad i pisząc artykuł w moim mieszkaniu. Tak samo przed laty czułem się też na etacie.

Różnica polega na tym, że (w moim przypadku dziennikarski) freelance może być odbierany jako stan niemal tożsamy z byciem półbóstwem, które kroczy między śmiertelnikami w tanich Armanich, na dziewiątą pędzących ku ekranom komputerów. Na początku mojej drogi zawodowej lubiłem wychodzić im naprzeciw – z psem na smyczy obserwowałem zaspane twarze i termiczne kubki, przeciskałem się przez tłumy wychodzące z tramwajów i wyłaniające się z przejść podziemnych, usiłowałem wyłapać ich zazdrosne spojrzenia. Raz popłakałem się we własnej kuchni, bo wyobraziłem sobie, że zaraz muszę wyjść do pracy. Jednak w kapitalizmie nic nie jest za darmo, tak jakby za możliwość publicznego brandzlowania się faktem bycia własnym szefem, co miesiąc odciągano z konta odpowiedni podatek. Na koniec zostaje niewiele.

A tymczasem coraz więcej znajomych wylatywało na wakacje, organizowało weekendowe wypady do Berlina i Rzymu, a jedyne, co ja mogłem zrobić, to porównywać swój podkoloryzowany Instagram z ich z zasypem fot z hasztagiem „nofilter”. Niedługo staną się tymi ludźmi, którzy rzucają robotę, by założyć swoje agro z zajęciami koziej jogi albo fundację kobiety dla biznesu, a mnie może będzie stać na poprzednią wersję iPhone’a i to przy finansowym wsparciu mojego partnera. Wtedy dotarło do mnie: zmarnowałem cztery lata na coś, czego nigdy tak naprawdę nie chciałem robić.

Za każdym razem, gdy na siłce spocony spełzam do deski, zamierając z naprężonymi pośladami i dolnym brzuchem wciągniętym do kręgosłupa, mam wrażenie, że zalecane trzydzieści sekund w tej pozycji nigdy się nie skończy. Czas tak samo wlec się musi w czyśćcu i tak samo wlecze się na etacie.

Mimo wszystko postanowiłem, że przyszedł czas na przebranżowienie. Mój partner powiedział: „Go for it”. Moja psychoterapeutka trochę kręciła głową i powiedziała: „To dość ryzykowne”; zrobiła to nie przez wrodzony hippi-hedonizm, bo przecież spotyka się ze mną w celach usługowych, tylko z profesjonalizmu, bowiem wysyłanie mojego CV porównałem z podrzucaniem kukułczego jaja.

Scrollując pracuj.pl i co ruch kciuka chichocząc na widok tajemniczych ogłoszeń typu: „Młodszy specjalista ds. programów talentowych” i „Wartownik z niepełnosprawnością”, przyszła mi na myśl moja znajoma, która po kulturoznawstwie ukończyła kurs programowania, wyleciała do Stanów, dostała robotę w Google i – wnioskując po Instagramie – ma się świetnie. Rozmarzyłem się. W niedalekiej przyszłości będę wiedział, jak zrobić appkę „Sprawdź, gdzie znajduje się najbliższy wybieg dla psów”, więc mogę spakować walizkę i wypierdolić z tego kraju, ponieważ znam jeden z najważniejszych języków międzynarodowych – Phyntona lub Javascript. Nawet zamamrotałem do mojego partnera coś o przyszłorocznej wyprowadzce za granicę.

Gdy zapytałem internet, kiedy odbywa się najbliższy kurs i ile mam na niego pożyczyć kasy, okazało się, że najpierw muszę wykonać test predyspozycji, by sprawdzić swoje szanse na zostanie programistą, tym całym front-end developerem, cokolwiek to znaczy. Spodziewałem się poziomu trudności z „Discover your Patronus” na pottermore.com, tymczasem zabiło mnie logiczne myślenie. Przy pytaniu: „JEŚLI x+y=6 WTEDY wyświetl «Bingo», a JEŚLI x+y>6 WTEDY wyświetl «Django». Co zostanie wyświetlone jeśli x=3 ORAZ y=4?” kliknąłem na X w Chrome.

Psychoterapeutka podsumowując moją historię, stwierdziła, że tego się obawiała. Jestem niekonfrontującym się uciekinierem, a ona jednak zaleca, abym dokończył to, co zacząłem, by właśnie spróbować się skonfrontować i nie uciec, tylko co najwyżej odejść. Bitch, stop! Jutro wyślę CV.

Na siłce Gruby Ksawery zapytany przez instruktorkę, czy czuł coś po ostatnich ćwiczeniach odpowiedział: coś czułem. A ja, usiłując utrzymać proste nogi i dotknąć własnych stóp, czułem pionowo rozchodzący się ból i krążące w głowie pytanie: co ma wspólnego z programowaniem film Quentina Tarantino?