Pięć albo śmierć w toi toiu

śmierć w toi toiu już na blogu

Nie wspominałem o tym wcześniej, ale ośrodek, do którego chodzę na terapię, znajduje się w niegdyś współdzielonym przeze mnie mieszkaniu. Świadomie wybrałem to miejsce, uznając, że przebywanie w znajomej przestrzeni może dobrze mi zrobić po wizytach w dziupli Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida. Ale o jednym nie miałem pojęcia – nowa psychoterapeutka zajmuje mój stary pokój.

Powiedzmy sobie szczerze – było takie podobieństwo, ale kiedy odkryłem ten fakt, poczułem się niczym dzieciak z hollywoodzkiego filmu, który po latach od zaginięcia, wraca do domu z nadzieją, że znajdzie w nim wszystko tak, jak zapamiętał, łącznie z wystrojem swojego pokoju. Dzieciak jednak bardzo szybko orientuje się, że rodzice nie tylko wyjebali jego zabawki i stare meble na rzecz nowych, ale również adoptowali dziecko i generalnie nie wiedzą, co począć ze starym. „Johnny, tak trudno nam uwierzyć, że żyjesz!”. Na szczęście to uczucie minęło, kiedy nowa psychoterapeutka wskazała na czekoladowy fotel, w którym zaraz usiadłem. Rozejrzałem się po pokoju, w głowie stwierdzając coś w stylu: „Ach, tak się tutaj urządziła. No, niech jej już będzie, choć zrobiłbym to inaczej”. Poczułem ekscytację przed niewiadomą.

Gdy robię coś po raz pierwszy, zawsze myślę o „Jurassic Park”, pierwszym filmie obejrzanym w kinie; miałem wtedy może siedem, osiem lat. Pamiętam zachwyt towarzyszący mi, kiedy przekraczałem próg budynku, przy kasie niepewnie nabrałem ulotek reklamujących nieznane mi produkcje.

Byłem dzieckiem wyciągniętym z buszu maleńkiej miejscowości początku lat 90., nieświadomym, że spędzę bite dwie godziny w ciemnej sali z wielkim ekranem, na którym ogromne gady, stworzone technologią, jakiej świat nie widział, będą pożerały ludzi. Od połowy śledziłem akcję spod fotela. Hmmm, zastanówmy się, czy to mogło się odbić na mojej psychice?

Jest taka scena we wspomnianym filmie, w której Tyrannosaurus rex pożera kolesia siedzącego na kiblu. Zawsze wspominam ją z przykrym zawstydzenia, bo śmierć w toi toiu stała się dla mnie synonimem największego obciachu. Trochę później, mniej więcej od połowy gimnazjum, miałem wrażenie, że w takim miejscu i w takiej pozycji żegnam się z życiem za każdym razem, kiedy marzyłem o nagich kolesiach (przystojnych), albo – już w liceum – wracałem w nocy z ruin mleczarni, gdzie sporadycznie spotykałem się z facetami (obleśnymi), których na substytut seksu udało się ściągnąć z pobliskiego większego miasta. Wtedy, zakradając się przez moją mieścinę, zaklinałem się w myślach, że jeśli nikt mnie nie rozpozna, nigdy więcej nie wejdę na czat, a nawet wyrzucę tę jebaną Neostradę!

śmierć w toi toiu nowa historia

W takich chwilach moszczenie się w szafie przychodziło łatwo; wydawało się być jedynym sensownym rozwiązaniem, przecież było w niej tak przytulnie i bezpiecznie. Kilkunastoletnie kolonie z wyżywieniem, byleby nic nikomu nie wypaplać. W rzeczywistości wnętrze mebla było obite watą szklaną; może i wyszedłem z niego żywy, ale na pewno pokiereszowany. Terapia jest powrotem do szafy, w której na nowo zagnieżdżam się w pozornym zaciszu.

Wiedziałem o tym, oglądam seriale, i być może dlatego spodziewałem się czegoś więcej. Gdy przekraczałem próg baraku – teraz już mojej byłej – terapeutki, wiedziałem, że idę tam, bo chcę sort my shit out, ale jednocześnie co tydzień pragnąłem zdawać relację znajomym. Wtedy rozejrzałem się po wnętrzu gabinetu, spojrzałem na laskę i już wiedziałem, że będę musiał mocno koloryzować, jak wtedy, kiedy robi się zdjęcie sushi na Instagram, a ono jest z Biedry i do tego jeszcze z przeceny #biedamillennialsempowering. Za każdym razem, siedząc na kanapie terapeutki miałem wrażenie, że znajduję się w toi toiu; zaraz zostanę z niego wyrwany i pożarty przez samicę Tyrannosaurusa rexa, która do tego okazała się homofobką. Całość rozgrywała się w każdą niedzielę.

Niedziela kojarzy mi się z dzieciństwem i przymusem chodzenia do kościoła, tłustym obiadem i ciszą przed burzą. Niedziela to kłamstwo i nauka pośpiesznego odpierania ataków; nie ma czasu na zastanawianie się, bo ono oznacza ściemę: „Co było na kazaniu?”, „Nie wiem, gadałem”, „Śmierdzisz papierosami!”, „To Dominik palił!”, „Czemu wracasz po nocy z ubłoconymi spodniami?!”, „Przewróciłem się”, „Płakałeś?”, „Co? Weź, tylko pedały płaczą!”. Na terapii było podobnie: „Czemu pan nie lubi grubych?”, „Co? A co z Adele?!”, „Czy jest pan ze mną szczery?”, „Jak najbardziej!”, „Czy pan wie, że jest pan w związku gejowskim dla bezpieczeństwa”, „Chyba się pani zdaje!”, „Pan mówi jedno, ja słyszę drugie”. Fuck you, Sigmund Freud!

Mam wrażenie, że nowa terapeutka, ta od czekoladowego fotela w moim byłym pokoju, zdaje sobie sprawę, iż łączy nas transakcja biznesowa i nie interesuje ją, inaczej niż poprzednią, na siłę tworzenie między nami głębokiej przyjacielskiej więzi, do której zobrazowania używałaby gestykulacji przypominającej urabianie ciasta. Co prawda miewa źle wyregulowane ramiączka od stanika, które czasami wysuwają się spod bluzki, ale potrafi mnie zająć na tyle, bym przez pół spotkania nie myślał o tym, że na pewno o wiele więcej dowiedziałbym się o moim pragnieniu bycia kimś innym, włączając na YouTube filmik „Kate McKinnon Shows Us the Last Thing on Her Phone”. Nawet ostatnio powiedziała, że jest ze mnie zadowolona. Choć – dam sobie rękę uciąć – na pewno zaśpiewała w myślach: „Bitch Better Have My Money”.

Dwa albo front-dead developer

front-dead developer

Na siłce Gruby Ksawery zwierzył mi się, że nie potrafi utrzymać diety i wieczorami zajada stres z roboty. A jeszcze niedawno widziałem go, jak na treningu funkcjonalnym zgiął się wpół i na prostych nogach oplótł palcami wskazującymi paluchy stóp. Poradziłem Grubemu Ksaweremu, by jadł co trzy godziny, a wraz z tym przejawem empatii przeminęła moja niedawna zazdrość o jego giętkość. Jednak przez kolejną godzinę tureckiego wstawania z kettle’ami zdążyło wyewoluować we mnie nowe uczucie – zawiść o pracę.

Whoopi Goldberg jakiś czas temu powiedziała: „If you’re not marrying a millionaire, your ass gonna be working”. Słowa te na bank zyskałyby aprobatę mojej matki, która twierdzi, że tylko porządny etat z gwarantem emerytury ma rację bytu, a te wszystkie frilinsy można o kant dupy potłuc.

Podczas kolejnej tego typu rozmowy starałem się zatrząść jej kompasem moralnym, powołując się na statystyki pokazujące, że większość młodych Polaków w pierwszej pracy chce grubo ponad trzy tysie na rękę i to na etat w dużej korpo, z luzem i bez poświęceń. Greedy as fuck. Ale jej, jako wychowance poprzedniego systemu, chciwość syna nie napełnia odrazą, wręcz przeciwnie – jest dowodem obrotności. Poza tym dodała, że ani nie szukam pierwszej pracy, ani nie jestem pierwszej młodości. Z tym drugim ma właściwie rację – po trzydziestce proszenie ją o kolejną stówkę przychodzi z coraz większym trudem.

Znasz to uczucie, kiedy budzik w smartfonie dzwoni o szóstej trzydzieści, jest późny listopad, za oknem nieprzenikniona ciemność i słychać tylko szum ulewy, a ty musisz wydostać się spod ciepłej kołdry, która nigdy nie jest miększa i przytulniejsza niż właśnie o tej porze, i wyjść do pracy? Tak właśnie czuję się za każdym razem, spisując wywiad i pisząc artykuł w moim mieszkaniu. Tak samo przed laty czułem się też na etacie.

Różnica polega na tym, że (w moim przypadku dziennikarski) freelance może być odbierany jako stan niemal tożsamy z byciem półbóstwem, które kroczy między śmiertelnikami w tanich Armanich, na dziewiątą pędzących ku ekranom komputerów. Na początku mojej drogi zawodowej lubiłem wychodzić im naprzeciw – z psem na smyczy obserwowałem zaspane twarze i termiczne kubki, przeciskałem się przez tłumy wychodzące z tramwajów i wyłaniające się z przejść podziemnych, usiłowałem wyłapać ich zazdrosne spojrzenia. Raz popłakałem się we własnej kuchni, bo wyobraziłem sobie, że zaraz muszę wyjść do pracy. Jednak w kapitalizmie nic nie jest za darmo, tak jakby za możliwość publicznego brandzlowania się faktem bycia własnym szefem, co miesiąc odciągano z konta odpowiedni podatek. Na koniec zostaje niewiele.

A tymczasem coraz więcej znajomych wylatywało na wakacje, organizowało weekendowe wypady do Berlina i Rzymu, a jedyne, co ja mogłem zrobić, to porównywać swój podkoloryzowany Instagram z ich z zasypem fot z hasztagiem „nofilter”. Niedługo staną się tymi ludźmi, którzy rzucają robotę, by założyć swoje agro z zajęciami koziej jogi albo fundację kobiety dla biznesu, a mnie może będzie stać na poprzednią wersję iPhone’a i to przy finansowym wsparciu mojego partnera. Wtedy dotarło do mnie: zmarnowałem cztery lata na coś, czego nigdy tak naprawdę nie chciałem robić.

Za każdym razem, gdy na siłce spocony spełzam do deski, zamierając z naprężonymi pośladami i dolnym brzuchem wciągniętym do kręgosłupa, mam wrażenie, że zalecane trzydzieści sekund w tej pozycji nigdy się nie skończy. Czas tak samo wlec się musi w czyśćcu i tak samo wlecze się na etacie.

Mimo wszystko postanowiłem, że przyszedł czas na przebranżowienie. Mój partner powiedział: „Go for it”. Moja psychoterapeutka trochę kręciła głową i powiedziała: „To dość ryzykowne”; zrobiła to nie przez wrodzony hippi-hedonizm, bo przecież spotyka się ze mną w celach usługowych, tylko z profesjonalizmu, bowiem wysyłanie mojego CV porównałem z podrzucaniem kukułczego jaja.

Scrollując pracuj.pl i co ruch kciuka chichocząc na widok tajemniczych ogłoszeń typu: „Młodszy specjalista ds. programów talentowych” i „Wartownik z niepełnosprawnością”, przyszła mi na myśl moja znajoma, która po kulturoznawstwie ukończyła kurs programowania, wyleciała do Stanów, dostała robotę w Google i – wnioskując po Instagramie – ma się świetnie. Rozmarzyłem się. W niedalekiej przyszłości będę wiedział, jak zrobić appkę „Sprawdź, gdzie znajduje się najbliższy wybieg dla psów”, więc mogę spakować walizkę i wypierdolić z tego kraju, ponieważ znam jeden z najważniejszych języków międzynarodowych – Phyntona lub Javascript. Nawet zamamrotałem do mojego partnera coś o przyszłorocznej wyprowadzce za granicę.

Gdy zapytałem internet, kiedy odbywa się najbliższy kurs i ile mam na niego pożyczyć kasy, okazało się, że najpierw muszę wykonać test predyspozycji, by sprawdzić swoje szanse na zostanie programistą, tym całym front-end developerem, cokolwiek to znaczy. Spodziewałem się poziomu trudności z „Discover your Patronus” na pottermore.com, tymczasem zabiło mnie logiczne myślenie. Przy pytaniu: „JEŚLI x+y=6 WTEDY wyświetl «Bingo», a JEŚLI x+y>6 WTEDY wyświetl «Django». Co zostanie wyświetlone jeśli x=3 ORAZ y=4?” kliknąłem na X w Chrome.

Psychoterapeutka podsumowując moją historię, stwierdziła, że tego się obawiała. Jestem niekonfrontującym się uciekinierem, a ona jednak zaleca, abym dokończył to, co zacząłem, by właśnie spróbować się skonfrontować i nie uciec, tylko co najwyżej odejść. Bitch, stop! Jutro wyślę CV.

Na siłce Gruby Ksawery zapytany przez instruktorkę, czy czuł coś po ostatnich ćwiczeniach odpowiedział: coś czułem. A ja, usiłując utrzymać proste nogi i dotknąć własnych stóp, czułem pionowo rozchodzący się ból i krążące w głowie pytanie: co ma wspólnego z programowaniem film Quentina Tarantino?