Siedem albo jak stałem się moim ojcem

jak stałem się moim ojcem nowa historia

Za każdym razem, gdy przyjadę do domu rodzinnego, słyszę, że wyglądam jak mój ojciec. Mam podobne uszy, takie same oczy, podobnie intonuję i się poruszam. Bullshit! Matka patrzy na mnie ze wzruszeniem, zachowując się, jakby jej mąż dawno już nie żył, a przecież siedzi przy stole i rozwiązuje krzyżówkę. Ojciec tylko psioczy, że przez kapitalizm, ejdżyzm wprost z Hollywoodu rozplenił się w jego własnym gnieździe.

Jednak ostatnio zorientowałem się, że z wiekiem coś zaczyna być na rzeczy – spacerując, garbię się, ręce splatam z tyłu tak, że nadgarstek lewej zamykam w prawej dłoni. Zadzieram głowę i patrzę po koronach drzew. Identycznie jak stary, który przemierzając przydomowy ogród, zawsze przypominał mi starogreckiego filozofa, jakiegoś Januszagorasa szukającego swych uczniów i dumającego nad kondycją świata. Poza tym mam nadzieję, że różni nas wszystko. W idealnym świecie sławetna scena „I am your father” mogłaby być o nas (tylko wolałbym być tym złym).

Na początku gimnazjum rozwiodłem się z Justynką, z którą ślub wziąłem w drugiej klasie szkoły podstawowej. Już wtedy od dawna ze sobą nie chodziliśmy, teraz prawnie rozstaliśmy się, zupełnie dla nastoletnich jaj. Dziś jednak lubię patrzeć na to wydarzenie jak na początek próby akceptacji mojego – wtedy raczkującego – gejostwa i choć tak naprawdę było zupełnie inaczej, taki scenariusz przedstawiam znajomym. Dlaczego? Moja psychoterapeutka twierdzi, że powinienem poszukać odpowiedzi we wspomnieniach. Też mi nowość.

jak stałem się moim ojcem nowa historia

Z tego, co wiem, mój ojciec nigdy nie próbował rozwieść się z moją matką. Romantyczna miłość połączyła ich na wycieczce z GS-u, gdzie oboje pracowali. My z moim partnerem (ciągle nie kupiliśmy obrączek) spotkaliśmy się na evencie w plajtującej kameralnej księgarni, podczas którego chyba jako jedyni nie udawaliśmy, że bardziej od turboprzecenionych książek, interesuje nas ratowanie miejsca.

Za to uratowaliśmy psa. Pomyślałem, że zachowam się jak Matka Teresa, dlatego w schronisku wybraliśmy najbardziej zawszonego i brzydkiego kundla z możliwych. I tak jak przy okazji pomocy Matkę Teresę interesowało głównie własne bogacenie się, tak i mną kierowały egoistyczne pobudki. Moim wynagrodzeniem miały być polubienia na Instagramie. Przeliczyłem się; kundel się nie lajkuje. Lena, bo tak ma na imię, liczy sobie dziesięć lat. W schronisku zapewniali, że ma co najwyżej sześć. Przecież jej teraz nie oddamy, to niehumanitarne, choć mamy na wychowaniu pieprzonego Benjamina Buttona, który do tego nie młodnieje. A Lena mogłaby z wiekiem stać się airedale terrierem, Bradem Pittem wśród psów.

Ale kochamy ją, aż chciałoby się powiedzieć, że jest najlepszą rzeczą, jaka nas spotkała. Czy nie tak rodzice najczęściej mówią o swoich dzieciach? Nie, ani ja, ani mój partner tak jej nie określamy. Kundel to kundel, nie żadna córunia czy synuś. Poza tym, nawet gdybyśmy mogli, nie chcemy mieć dzieci, pies jest ostatecznością.

Chłód też mam po starych, którzy podobno emocjonowali się tylko z przyjścia na świat mojej siostry; jej rozwój przypadł na ich szaloną młodość, mój – na kryzys wieku średniego. Mną się nie chwalono, tylko bardziej informowano, że istnieję, i że nie jestem podrzutkiem.

Rodzice w moim wyobrażeniu są jak Beyonce i Jaz Z prowincji – ściśle ograniczający to, co o sobie zdradzą innym, i skrupulatnie wybierający imprezy, na których się pojawią (najczęściej to imieniny Janiny); są gwiazdami wieczoru. Kiedy starzy słyszą: „Janusz, Barbara! Jak miło was widzieć”, na bank nucą pod nosem: „Got me looking, got me looking so crazy in love”.

Muszę przyznać, że tę potrzebę nierozłączności musiałem odziedziczyć po nich. Rzadko zdarza się, byśmy z partnerem wychodzili oddzielnie, ba! mamy nawet tych samych znajomych. Dlatego, kiedy ogłosił, że idzie na party integracyjne z ziomkami z pracy, zabrzmiało to jak brazylijski karnawał, a czas, podczas którego miało go nie być, zdawał się nieskończonym. Gdy tylko zniknął za drzwiami, odpaliłem zaległy „American Horror Story”. Jednak w połowie odcinka poczułem, że coś jest nie tak. Pusto, smutno, nudno. Na napisach końcowych otworzyłem wino, ale nie jakiś tam riesling za 15 zeta z Biedry, tylko porządniejszy weissburgunder, kupiony dla kumpeli na urodziny. Po drugim kieliszku serial poszedł w zapomnienie. Wjechał Spotify i smutne piosenki. Najpierw „Wonder of You” z „Big Little Lies”, następnie czołówka „Jeziora marzeń” – tu, mimo że piosenka jest o tym, że dwoje dzieci będzie musiało wychowywać się bez ojca, żołnierza zaginionego w zawierusze II wojny światowej, w tamtej chwili tak naprawdę dotyczyła mojego nieobecnego partnera. Spojrzałem na Lenę i się zupełnie rozkleiłem, tak bardzo nie chciałem wychowywać jej sam. Usnąłem w ciuchach. Partner obudził mnie po drugiej. Sprowokowany kacem moralnym, opierdoliłem go, że wrócił tak późno.

Któregoś razu, spacerując z ojcem po rodzinnej mieścinie, spotkaliśmy Justynkę – moją byłą żonę – z bliźniakami w wózku. Stary od razu stał się rubaszny i zaczął wygadywać do nas, że one mogłyby być moje, gdybym tylko się wcześniej postarał. Wtedy prawie zrobiłem coming out, ale tylko zgarbiłem się, ręce splotłem z tyłu i poszedłem przed siebie, zostawiając ich z niedokończoną rozmową. Moja psychoterapeutka powiedziała, że znowu uciekłem od problemu. Najwidoczniej nie potrafię jeszcze przejść na jasną stronę mocy.