Cztery albo będzie ślub

W okresie wakacyjnym wchodzę na booking.com i przeglądam oferty. Pierwsza zakładka wyszukiwarki to bieda-hostele. Druga zawiera te wszystkie pięciogwiazdkowe Radissony Blu Edwardiany i Reginy Louvre. Lubię sobie wyobrażać, że w jednym z nich, opadłszy na otomanę, popełniam samobójstwo.

Tak wiem, brzmi kiczowato i melodramatycznie, jak gdybym naczytał się niemieckich romantyków, ale niegdyś rozważałem, by na bogato dołączyć do Klubu 27; teraz traktuję tę wizję wyłącznie sentymentalnie, tym bardziej że na jej urzeczywistnienie mnie zwyczajnie nie stać, a PolakPotrafi w tym wypadku nie wchodzi w grę. Co więcej nie śpiewam oraz właściwie nie znam muzyki, którą za życia tworzyli członkinie i członkowie wspomnianego klubu, więc, gdybym jakimś cudem się do niego dostał, byłby przypał towarzyski. Jednak, co najbardziej istotne, nie mam już dwudziestu siedmiu lat.

Po trzydziestce wiele się zmienia. Nie tylko dajesz za wygraną i żyjesz dalej, ale zaczynasz robić rzeczy, które jeszcze nie tak dawno wydawały ci się niemożliwe do wykonania. U mnie zaczęło się od zdziwienia w czasie redukcji przy drugim śniadaniu, że zamiast górnej części bułki, wziąłem dolną, jednocześnie będąc przekonany, iż dokonuję świadomego i lepszego wyboru. Górna jest tą popularniejszą, bo jej puszystość i zaokrąglenie niczym kobieca pierś, uwalnia u konsumentów instynkty noworodka. Tymczasem mnie góra wydała się chybotliwa, wymagająca warstwy masła i glazury z majonezu, aby utrzymać całą konstrukcję. Dolna, przez płaskość podstawy, była metaforą stałości, opoką dla sera, szynki i sałaty, a także moim początkiem kontestacji starych przyzwyczajeń i poglądów.

będzie ślub nowy wpis

Ostatnio, od niechcenia obserwując mieszkającą w sąsiedztwie patofamilię, która zataczała się pod moimi oknami i co rusz uwieszała się rączki wózka spacerowego, powiedziałem do siebie: „Jakim marnym prawem oni śmią się nazywać małżeństwem?!”. Użyłem mojego ulubionego, nieznoszącego sprzeciwu tonu głosu, nawet pogroziłem palcem. Następnie w myślach przeleciałem po twarzach naszych znajomych. Nikt z nich nie jest dłużej w związku niż ja z moim partnerem. Jedna przyjaciółka zdążyła mieć już przynajmniej pięciu kolesi, by w końcu, a to i tak z przerwą, ustatkować się z przedostatnim, najlepszym. Druga, z heteryczki z wątpliwościami, stała się les pełną gębą, nawet ubiera się w Lidlu. Kolejna para to chłopak i dziewczyna normalna rodzina, i faktycznie – są po ślubie cywilnym i mają dwulatka. Gdzie nasze konfetti z okazji długofalowego projektu zatytułowanego „Gejowski związek”? I dlaczego, do ciężkiej cholery, ciągle, od blisko dziesięciu lat, jeden o drugim mówi „mój chłopak”? Jakbyśmy zatrzymali się w rozwoju po roku bycia ze sobą. „Gu-gu-gu-gu, kochaś mnie?”. „Kocham!”. W Polsce jesteś homo na własną odpowiedzialność.

Dlatego postanowiłem, że mojego partnera będę nazywać mężem. Mój mąż brzmi doroślej, prawda? Poza tym homofob zaatakuje już wtedy, kiedy powiem „mój chłopak”, więc wolę dostać za „męża”, przynajmniej będę bił się w poczuciu, że bronię podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Zresztą jeżeli zwracamy się do osób nieuprzedzonych, stwierdzenie „mój mąż” wzbudza powszechny szacunek i można go używać w różnych kombinacjach, na przykład: „zapytam męża”, „mąż ugotował”, „mąż na schwał”, „zostaw, kurwa, mojego męża w spokoju!” i tak dalej. Choć jeszcze do niedawna uważałem, że sparowani geje, mówiący do siebie per „mąż” są żałośni, bo jedynie nieudolnie pragną wpasować się w heteryckie schematy i tylko czekać, aż wyjawią, kto w ich związku jest kobietą, a kto mężczyzną. Kiedyś również uważałem, że geje czują się jak w „The Walking Dead”, instynktownie łączą się w grupy, żeby przetrwać, więc, jak widać, mogę się mylić.

Ukoronowaniem nowego życia w kontestacji utartych stereotypów miało być nie tylko nazwanie partnera mężem, ale i zaobrączkowanie. Z tyłu głowy słyszałem głosik mojej byłej terapeutki, tej, co wyglądała, jakby uciekła z taniej, polskiej wersji „Westworld”, jak dopytuje, czy aby nie tworzę substytutu heteroseksualnego świata, do którego podświadomie chcę dotrzeć? Bitch, shut the fuck up! Uroczystą wymianę srebrnych krążków zaplanowałem jako niespodziankę, na dzień urodzin mojego MĘŻA, wypadający w nasze wakacje. Chciałem zarezerwować stolik na śniadanie w restauracji jakiegoś porządnego hotelu, do którego udalibyśmy się z pospolitego airbnb, bo na nim stanęło. Kto wie, może podano by bułki z kawiorem, a w tle – zupełnie ironicznie – poleciałaby piosenka Amy Winehouse?

Tylko raz w życiu kupiłem obrączkę; wykonana była z plastiku, a ofiarowałem ją Justynce z II b, jej siostra udzieliła nam ślubu na pustakach za moim domem, tych samych, na których prowadziłem swego czasu lumpeks.

Jak miałem teraz oszacować rozmiar palca mojego męża? To plastikowe kółko można było rozszerzać, srebrne chyba nie. Czy powinienem w nocy zaczaić się z centymetrem i poczekać, jak delikwent wejdzie w fazę REM, a następnie zmierzyć średnicę jego palca serdecznego?

To było ponad moje siły, dlatego też zrobiłem to, co zawsze robię, gdy myślę, że nie poradzę sobie z zadaniem – powiedziałem o wszystkim mojemu mężowi. Przyznał: „Też myślałem o obrączkach dla nas”. Pozwoliłem sobie na uśmiech rozanielenia. Jednak romantyczność romantycznością, ale tuż za rogiem czaiła się smutna rzeczywistość: przecież muszę teraz wymyślić kolejny prezent na urodziny.