Sześć albo hipsterhomofobia

Moim kolejnym etapem ewolucji będzie potwór z „A Quiet Place”. To więcej niż pewne. Już dawno  nie identyfikowałem się z bohaterem filmu tak bardzo, jak w przypadku tych niewidomych kosmitów czy kimkolwiek oni byli. Rozumiem żądzę uzyskania umiłowanych ciszy i spokoju, nawet za cenę posiadania łysej głowy, która otwierając się, przybiera formę zbliżoną do zmultiplikowanej muchówki. Do reszty ich ciała też można się przyzwyczaić, przecież to wypisz, wymaluj robak-wojownik z „Żołnierzy kosmosu” opętany dzisiejszym przymusem bycia fit & skinny. Oczywiście wątpliwą kwestią jest reagowanie na hałas mordem, ale bądźmy szczerzy – w końcu każdemu mogą puścić nerwy.

Kiedyś przeczytałem w necie charakterystykę mojego znaku zodiaku; sugerowano, że jestem domatorem, lubiącym odpoczywać z herbatą i książką, ceniącym prywatność i tak dalej, czyli zgryźliwy dziadek w szlafroku. Parsknąłem śmiechem, bo wtedy, na pierwszym roku studiów, głównie imprezowałem, a sam tekst brzmiał jakby stworzyła go moja znajoma, która pracowała wówczas jako wróżka internetowa. Jednak z wiekiem istotnie zacząłem preferować zdziadziały tryb życia, a basy, akceptowalne w klubach, dochodzące zza ściany zaczęły mnie wkurwiać.

Nie mam nic przeciwko starzeniu się, a nawet myślę, że z wiekiem staję się bardziej wartościowy, jak chardonnay przechowywane w beczce. Mimo to, do tej pory moim największym osiągnięciem jest fakt, że nie umarłem, z tego też względu, gdy słyszę hałas od sąsiadów, dzwonię po policję, bo przecież nie mam nic do stracenia.

A gliny i tak muszę nastukać sobie punkty – chociaż, hmmm, one chyba naliczają się tylko wtedy, kiedy gliniarze łapią przechodniów i rowerzystów… Anyway, who cares. Po telefonie, przy drzwiach nasłuchuję buciorów na klatce schodowej albo kukam zza zasłony, czy gliny idą do patosąsiada, który wystawia głośniki na podwórko i napierdala disco polo. Nie uśmiecham się, tylko irytuję, że ludzie mogą być tacy głupi i jednocześnie bezczelni. Bo co? Gentryfikacja zapędziła ich w kozi róg i muszą sobie robić wine bar pod moimi oknami?

Gdy opowiedziałem o tych sąsiedzkich ekscesach mojej matce, ta coraz szerzej otwierała oczy. Wyobraziłem sobie jej tok myślenia: „Dlaczego moje dziecko jest takie wściekłe? Czy jakiś wuj go molestował w dzieciństwie i nikt mi o tym nie powiedział?! Co z nim jest nie tak?!”. Wierzę, że potwór z „A Quiet Place”, w którego w przyszłości się zamienię, na razie przebywa we mnie i zazwyczaj jest wielkości Calineczki, ale podjudzony i zaniepokojony rośnie w siłę i zaciera mordercze górne kończyny. Głośna muzyka zza ściany lub szyby jest jedynie rezultatem. Problem leży w ludziach i w tym, że oni potrafią mówić i robią to bez zastanowienia lub, co gorsza, uważają, iż słowa, które cisną się im na usta, są warte wypowiedzenia.

Ostatnio siedzieliśmy przy małym stole wystawionym na chodniku przed winiarnią. Ładna pogoda, środa mały piątek, albariño w wiaderku z lodem. Napełniłem kieliszki i zakręciłem swoim, aby wydobyć aromat owocu. Wtedy przez gwar usłyszałem: „Zobacz, jak pedały siedzą i sobie piją wino”. Szukając źródła dźwięku, na balkonie namierzyłem dresa, który wskazywał nas swojej dziewczynie/siostrze/mam to w dupie. W kraju rządzonym przez skrajnie homofobiczną zgraję ludzi, zafiksowaną na „tajnikach seksu gejowskiego” czy tropieniu homo wśród nauczycieli i dyrektorów szkół, trudno wymagać, by jednostki ograniczone mogły zareagować inaczej niż wtedy, gdy zobaczyłyby urzeczywistnienie drażniącej ich tęsknoty za lepszymi starymi czasami. Stąd też mój wewnętrzny potwór, znudzony tylko mruknął delikatnie, a ja w dalszym ciągu kręciłem kieliszkiem, by wydobyć aromat nektarynki spod solanki.

Głowa mojego wewnętrznego killer-to-be dopiero wtedy otwiera się jak muchówki, kiedy homofobia wymsknie się swoim ziomkom – wypowiadane przez nich głupoty są równie trudne do uwierzenia, co do wytrzymania. Wtedy potwór potężnieje, a jego kończyny pulsują tuż pod moją skórą. Niedawno mój hetero kumpel, który bez obciachu nosi kurtkę z różowego kreszu, swobodnie zaczął rzucać wszystkimi odmianami słowa „pedał”. Och, ociupinkę ironii jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda? Tym bardziej, że w taki sposób pokazywał swoją tolerancję, parodiując jej brak u przedstawiciela polskiego dresiarstwa. Przecież wiadomo – tak naprawdę orzeczenie o homoseksualności przychodzi do nas listem, takim jak z Hogwartu, a wtedy z radości skaczemy po łóżku w rytm starych przebojów Cher. Po co te nerwy? Wewnętrzny potwór zaczął wariować i wyrywać się, głodny hipster homofobii.

hipsterhomofobia nowa historia

Na początku lat 2000, co chwila ściszając i nasłuchując kroków starych, oglądałem w telewizji „Mój pierwszy film o gejach” (tytuł wyleciał mi z głowy, sorry). Pamiętam go jak przez mgłę, ale na pewno jeden z głównych bohaterów – pozujący na turbomęskiego – szykując się na randkę, chuchał dymem papierosowym na kartkę i rozsmarowywał ten zapach na swojej szyi. So sexy, choć wiadomo – chce być maczo, ale pedała z siebie nie wypleni, więc powinien go zaakceptować. Tak jak i my, hetero ciebie akceptujemy. Jesteś wśród swoich, ale pod warunkiem, że będziemy używać wyzwisk, które mogły cię kiedyś boleć, ale teraz przecież już nie muszą, bo w naszych ustach wyrażają ironiczny stosunek do rzeczywistości, a to z kolei szerowanie dobrych praktyk, c’mon. Spróbuj się przeciwstawić, powiedzą, że mentalnie dalej siedzisz w szafie. Oto hetero przywilej.

Kto by pomyślał, że student stażysta, tworzący opis mojego znaku zodiaku do netu nie pomyli się w charakterystyce; być może w taki sposób znalazł swoje powołanie, tak jak ja znalazłem sens w zostawaniu w fotelu z książką. Nie mogę pozwolić wewnętrznemu potworowi na antyheteryckie rozedrganie, bo zanim wyewoluuję w tego z „A Quiet Place”, minie jeszcze trochę czasu. Na szczęście my little monster ma na udzie tęczę.