Osiem albo został mi rok życia

Lubię myśleć, że mam raka. Choróbsko rozprzestrzeniło się od pieprzyków rozsianych na plecach i przerzutowo zaatakowało organy wewnętrzne. Nie ma ratunku. Został mi rok życia. Każdego dnia, przeglądając się w lustrze, dostrzegam drobne zmiany, które w konsekwencji zniszczą mnie całego. Dlatego też nie mam czasu do stracenia. Zostawiam wszystko, biorę chwilówki i rzucam się w wir przygody. Szkoda tylko, że tak naprawdę mam dobre wyniki.

Niestety przygoda musi poczekać, aż na nią zarobię. Ale czy mam w ogóle na to czas? Po trzydziestce ma się przecież pewne zobowiązania. Ostatnio, na fali niegasnącej chęci przebranżowienia, z polecenia zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. Social media coś tam w agencji reklamowej. Wiedziałem, że idąc do tego miejsca, robię źle, bo nie potrafiłem zapamiętać imienia Marzena, należącego do rekrutującej mnie laski. Usiłowałem nauczyć się go na pamięć, z czymś skojarzyć. Początkowo zepchnąłem tego nagłego alzheimera na stres wywołany samym faktem rozmowy, na której ostatnio byłem cztery lata temu, ale, kiedy w drzwiach firmy zaanonsowałem się do Elżbiety, wiedziałem, że całe zaangażowanie poszło się jebać.

Biuro było szarą kiszką z fotelami w kolorze fuksji, brandingowej barwie firmy, a znajdowało się w hybrydzie mieszkalno-biurowo-usługowej z lat 90. Idealne dla młodziutkiego kapitalisty, który zupełnie bez zastanowienia nabrał dotacji z Unii, byleby tylko się obłowić, a nuż biznes sam chwyci. Przed pięcioma laty w podobnej przestrzeni i z ludźmi o podobnym nastawieniu przesiedziałem sześć miesięcy na moim ostatnim etacie. Prym wiódł tam ważący sto czterdzieści kilogramów samiec alfa, zatrudniony na stanowisku grafik kreatywny, który mobbingując nowo zatrudnionych pracowników, lubił powtarzać, że jest człowiekiem renesansu. W tę śmiałą tezę wierzył CEO, wyglądający niemal identycznie jak ten, który wszedł do salki konferencyjnej razem z Marzeną-Elżbietą; ta z kolei podobna była do mojej dawnej współpracownicy z pierwszej roboty, nawet zachowywała się podobnie, jej język ciała zawiadamiał: „żarty żartami, ale luz to pojęcie względne”. W głowie zaświeciła mi się czerwona żarówka: Just run, man, just run!

Na siłce zadanie polega na bieganiu – poruszam się w tył, rzucając pięciokilową piłkę do partnera tego cierpienia, gdy ten przeskakuje niewielkie przeszkody i ląduje na jednej nodze z obowiązkowymi prostymi plecami. Kiedy wykonuję to ćwiczenie po raz enty, słyszę głos instruktorki: „Tylko uważajcie, proszę, na Gosię”. Ostatkiem sił spoglądam za siebie, a tam faktycznie Gosia, chudnąca indywidualnie, przemieszcza się w pozycji robaczka, czyli z deski, wysoko unosi poślady, by na prostych nogach dotrzeć do dłoni, a następnie na powrót wyciągnąć się w desce i tak w kółko, do usranej śmierci. Widok z jednej strony godny pożałowania, lecz z drugiej – w jakiś sposób wymuszający podziw; niemal jak praca w agencji reklamowej.

CEO, dumnie kroczący w niebieskich mokasynach po swojej krainie dedlajnu, do której zostałem zaproszony na rozmowę, korpomową drążył temat mojej chęci przebranżowienia się, z miną, jakbym miał zamiar ich szpiegować, a później napisać artykuł. Marzena-Elżbieta zapytała, co zrobiłbym z osobami z bólem dupy komentującymi posty; na moje: „USUNĄĆ ICH!”, pospiesznie zainteresowała się, czy potrafię robić foty na Instagram. „Nie muszą być idealne”, dodała. Zacząłem zazdrościć ludziom zza okna. Nie żebym był specjalnie rzutki w kwestii kampanii w necie, po prostu w ogóle mnie to nie interesuje; dlatego powiedziałem, że reklama, tak jak pisane przeze mnie artykuły do prasy, to dialog między marką a klientem, a ja, jako social media coś  tam, dbam, aby ten głos był słyszalny. Co za brednie! Sam ich nie kupowałem. Oni zdaje się też nie. Rozstaliśmy się z niesmakiem.

został mi rok życia nowa historia

Sponiewierany leżę na macie na siłce i patrzę na umięśnioną dziewczynę, która mogłaby w „Tomb Raider” być kaskaderką, gdyby Larę Croft gała Rossy de Palma; jej warkocz kołysze się, kiedy unosi i opuszcza iluś kilową sztangę. Wtedy pomyślałem, że feministki swoim zaangażowaniem w walkę kobietowyzwoleńczą i karierę zawodową zostawiły pewien wakat, który my, geje, a przynajmniej niektórzy z nas, mogą zapełnić. Ten wakat to kura domowa, choć w moim przypadku kura domowa 2.0, bo nie gotuję. Gdy proponuję wybór takiej drogi zawodowej, mój domowy CEO jest na nie, nie chce mnie utrzymywać, więc nawet nie przechodzę do drugiego etapu – zadania rekrutacyjnego. Gdzie podział się ten słodki stary nepotyzm?

Tymczasem – o dziwo – zadanie rekrutacyjne przesłała do mnie Marzena-Elżbieta. Nie tak miało być. Ze strachu jeszcze nie otworzyłem maila. Przecież nie chcę tam pracować! Nagle staję się nieszczęśliwy jak Julianne Moore w „Godzinach”; wyobrażam sobie, że jestem jej rewersem – spełnioną kurą domową, której teraz ktoś nakazał zmianę trybu życia. W rozkloszowanej kiecce planuję ucieczkę do hotelu, w torebce mam tablety i niedokończoną książkę – spoglądam na stolik przy łóżku – jedną z tych o polskich gejach; bardzo marnie, jak na ostatnią lekturę przed śmiercią. Panikuję. To tylko stres przed zamknięciem przez osiem godzin dziennie, podczas których będę postować dla korporacji. Dlaczego do terapii pozostał jeszcze niemal tydzień? Wtedy postanawiam powtórzyć wyniki. To dobry pomysł, przecież może jeszcze nie wszystko stracone. Tak wiele osób teraz choruje. Odrzucę chemię, nabiorę chwilówek…  Livin’ la Vida Loca.